Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Yorker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Yorker. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

Jednorożec do obrony przed sesją


Jak wiadomo wszem i wobec okolice początku lutego to okres panowania wyjątkowo uciążliwej choroby dopadającej rzesze młodych ludzi, a mianowicie – sesji. Mnie także ta potworzyca dopadła, stąd moja przykra absencja na blogu. Teraz mam krótki antrakt, więc może ponadrabiam zaległości wszelakie, zaczynając od książkowych. Wreszcie zabrałam się za „Grę o tron”, już na jednej z pierwszych stron zachwycił mnie dialog:
"Robb says the man died bravely, but Jon says he was afraid."
"What do you think?" his father asked.
Bran thought about it. "Can a man still be brave if he's afraid?"
"That is the only time a man can be brave," his father told him.
Wpasowuję rzeczywistość w realia egzaminacyjne. Bo czyż powyższy cytat o odwadze i strachu nie oddaje idealnie tego, co czujemy na chwilę przed rozpoczęciem się tego okrrropnie trudnego egzaminu ;)? Na dokładkę kolejny cytat, tym razem stricte z sesji, ponieważ musiałam się o tym człowieku uczyć:
Każdy z nas jest ignorantem, tyle że w różnych dziedzinach wiedzy.
Jose Ortega y Gasset, niezwykle inteligentny człowiek, być może kiedyś o nim parę słów napiszę. A jakby tak dodać to zdanie przy trudnym pytaniu na egzaminie ;)? 

Jeśli chodzi o strój to jest to czerń na wesoło w bardzo przyjemnej kompanii - kropek oraz różowego jednorożca, który przybył do nas z innej galaktyki ^^
The heart of kitsch!












płaszcz, pierścionek, kolczyki - Orsay; bluzka - New Yorker; spodnie - Pako Jeans; narzutka w kropki, pasek - H&M; martensy - McArthur; torebka - Carry; zegarek, nauszniki - jarmark bożonarodzeniowy we Wrocławiu :)

wtorek, 19 listopada 2013

Bo Bizet to nie tylko "Carmen"

Tak się złożyło, że jeszcze nie miałam okazji być na operze, toteż kiedy okazało się, że koleżanka poszukuje towarzystwa, z chęcią się zgodziłam. Tę decyzję zaliczam do bardziej udanych w moim życiu, ponieważ dzięki niej wybrałam się na "Poławiaczy pereł" George'a Bizeta. Już sam fakt, że w tym megawidowisku brało udział 300 aktorów, robi wrażenie. Zdecydowanie odpowiadało mi, że akcja tej opery rozgrywa się w Cejlonie, bo dzięki temu można było poczuć tę jedyną w swoim rodzaju orientalną atmosferę, wzmożoną przez przepiękne stroje (i częste wzywanie boga Brahmy). Bardzo dobrym pomysłem jest wyświetlanie polskiego tłumaczenia libretta na telebimach, dzięki czemu nie ma problemu ze zrozumieniem (bo nie wyobrażam sobie, żeby śpiewali tłumaczony tekst). Fabuła sama w sobie może i mnie nie porwała, jednak nie była też zła. Zresztą wydaje mi się, że nie jest ona najważniejsza w operze, a kluczową sprawę stanowi muzyka, która była najwyższym poziomie. Wszyscy soliści zachwycali umiejętnościami wokalnymi, a brzmienie chóru miało moc i wprowadzało w klimat Cejlonu. Przepięknie tańczyła sekcja baletowa, można było się na nich zapatrzeć. Teraz z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnego megawidowiska we Wrocławiu, które zapowiada się na wiosnę.
Kilka zdjęć:

Jeśli chodzi o stylizację, to jest cieplutko i jesiennie. W tym sezonie wzięło mnie na kolor bordowy, co zresztą nietrudno zauważyć (sparkląca się bordowa czapka, cudeńko!). Koszula, którą mam na sobie, ma tylko jedną niedogodność - jak zapnę ją na ostatni guzik, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to próba pozbycia się mnie poprzez uduszenie.

Może nie do końca widać, ale mam jasno zielony lakier oraz srebrny






płaszcz - Promod; sweter - Takko; bluzka koszulowa - H&M; torebka - Orsay; czapka - New Yorker; koturny - CCC;

piątek, 20 września 2013

Do Brueghlów tylko we fraku

Jan van Kessel - Studium motyli i innych insektów

Reklamy zewsząd krzyczały do mnie o wystawie obrazów Rodziny Brueghlów (były nawet na tramwajach), toteż kiedy w końcu miałam okazję, postanowiłam się na tę wystawę wybrać. Oczywiście bardzo sprytnie wybrałam godzinę, w której natrafiłam na kilka wycieczek szkolnych, więc spokojną kontemplację miałam już z głowy. Na szczęście starsza i młodsza młodzież nie zachowywała się aż tak źle, jak pomstują media (nie krzyczeli, nie okazywali ostentacyjnie znudzenia, niektórzy wprawdzie smsowali, ale była to rzadkość), a w pakiecie z problemami z dopchaniem się do obrazów, dostałam możliwość podsłuchiwania przewodniczek. Dowiedziałam się m.in., że malarze tak często malowali kwiaty nie tylko ze względów estetycznych, ale też dlatego, że symbolizują one życie, przemijanie, ponieważ tak jak człowiek rodzi się, rośnie, a na koniec umiera, tak i kwiat rozwija się z pąka i powoli usycha. Przy „Alegorii powietrza” Jana Brueghla Starszego zastanowiła mnie jedna sprawa. Rozumiem obecność nań ptaków latających, gdyż to automatycznie kojarzy się z powietrzem, ale co tam robił struś? Biedny, przyziemny struś? Chyba że malarz chciał pokazać dla kontrastu takiego ptaka, który nie ma szczęścia posiadać umiejętności latania (całkiem sprytne, czyż nie?). Jeśli chodzi o „Alegorię wojny”, to o ile rozumiem przedstawienie w tle legionów (wyglądały rzymsko, ale może to już moje spaczenie umysłowe), to moim zdaniem na pierwszym planie nie powinno być lwa zjadającego antylopę i innych tego typu obrazków ze świata przyrody. Ja wiem, że wśród zwierząt toczy się ciągła walka o przetrwanie, ale to mocno zatrważające utożsamiać ich egzystencję jedynie z wojną. Podobało mi się, że wystawa zaczynała się obrazem Hieronima Boscha („Siedem grzechów głównych”), gdyż, jak słusznie zauważono, obaj panowie prawdopodobnie nigdy się nie spotkali, jednak Pieter Brueghel Starszy inspirował się twórczością van Aekena. Urzekł mnie obraz „Pochlebcy” Pietera Brueghla Młodszego, na którym z niezwykle brutalną dosłownością owi pochlebcy wchodzili komuś w tylną część ciała (uniwersalność przekazu, smutnie aktualnego po dziś dzień). Warto również zwrócić uwagę na obrazy Davida Teniersa, który wprawdzie nie pochodził z rodu Brueghlów, jednak był z nimi spowinowacony poprzez małżeństwo z Anną Brueghel i nie sposób odmówić mu talentu malarskiego. Myślę, że nie ma sensu rozpisywać się na temat poszczególnych dzieł, po prostu napiszę, że zdecydowanie warto się wybrać, więc jeśli będziecie mieć okazję, to do 30 września możecie zobaczyć Rodzinę Brueghlów w Pałacu Królewskim we Wrocławiu.
Peter Brueghel Starszy - Zmartwychwstanie

Jest też część modowa notki. Wprawdzie zdjęcia nie były robione we Wrocławiu, aczkolwiek w muzeum byłam ubrana bardzo podobnie, więc pomyślałam, że dołączę tu tę stylizację. Mam na sobie frak kupiony od Fu-Ku podczas Szarych Kotów. Wprawdzie frak kojarzy się bardziej ze spodniami, ale tak mi się spodobało jego połączenie z kwiecistą spódniczką (moja nowa ulubiona ;)), że uznałam, że muszę z nich stworzyć outfit. Jak już wspominałam, beżowy kolor jest niezwykle uniwersalny i pasuje do większości moich ciuchów. Co się tyczy samego fraka, jest pięknie wykonany i pasuje zarówno na bardziej formalne wyjścia (już widzę, że go ubiorę na egzaminy!), jak i również na co dzień.

Jak zwykle zachęcam do obserwacji tradycyjnej tudzież bloglovinowej oraz do polubienia mnie na Facebooku :)








frak - Fu-Ku; spódniczka - New Yorker; bluzka, kolczyki - Orsay; czółenka - CCC; torebka - Primark; łańcuch - no name (kupiony od Moniezji podczas swap&shop)